Bardzo długo czekaliśmy na nowe „Gwiezdne Wojny”. Wreszcie doczekaliśmy się. „Strażnicy Galaktyki” to błyskotliwy powrót w kosmos, który tak kochaliśmy – pełen postrzelonych zawadiaków, okrutnych czarnych bohaterów i wielkich bitew. Tak dobrego filmu action/sf dawno już nie było!



Choć film rozszerza uniwersum Marvela, znaną z Hulka, Iron Mana czy Thora planetę Ziemię widzimy tylko na początku projekcji. W szpitalu na raka umiera młoda kobieta. Jej kilkuletni syn, Peter, nie może się z tym pogodzić. Wściekły na cały świat wybiega przed budynek i tam zostaje porwany przez kosmicznego pirata i łowcę głów, Yondu Udontę. Ćwierć wieku później chłopak jest już doświadczonym poszukiwaczem skarbów.

Pewnego dnia przyjmuje niewłaściwe zlecenie. Aby zapobiec przejęciu władzy nad światem przez Ronana Oskarżyciela, Peter musi połączyć siły z czwórką niezwykłych postaci. Jest wśród nich marzący o zemście kryminalista-osiłek, Drax Niszczyciel, zielonoskóra, seksowna Gamora, genetycznie zmodyfikowany szop pracz oraz jego przyjaciel, człowiek-drzewo. Tak dziwnej paczki nie było jeszcze we współczesnym kinie. Żaden dotychczasowy superbohater nie może się z nimi równać!



Film tętni akcją. Jedna dynamiczna scena towarzyszy drugiej, czasami rozdziela je tylko dobry żart bądź kanonada efektów specjalnych. Na ekranie mamy wszystko – odległe planety, szybkie statki kosmiczne, bardzo czarne charaktery, knajpiane burdy, bitwy kosmiczne, strzelaniny, walki karate, poświęcenie i przyjaźń, a nawet erotyczne napięcie budzące się pomiędzy bohaterami. Filozoficznej zadumy obecnej w „Gwiezdnych wojnach” co prawda nie ma, ale to dlatego, że we współczesnym kinie akcji nie ma miejsca na oddech. Akcja musi gnać na złamanie karku.

Największą zaletą filmu są bohaterowie, goście szerzej nieznani polskiej publiczności. Dzięki stylowi bycia Peter, Rocket czy nawet Groot błyskawicznie zdobywają naszą sympatię. W swej poczciwości, zacietrzewieniu bądź pewności siebie są po prostu słodcy. To sprawia, że choć „Strażnikom Galaktyki” brakuje głębi, a część wątków nie zostaje zamknięta, to z kina wychodzi się z wielkim bananem na twarzy. To nie jest wielki film. To po prostu świetne, komercyjne widowisko!